Głód.

To moja chęć, ochota, potrzeba, tęsknota, wola, żądza i życzenie. Moje łaknienie, pragnienie, zainteresowanie i zamiłowanie. Nie moja Szpula lub dezerterka Kula. Apeluj do matki i ojca, by zaaprobowali nowiuteńkiego współlokatora. 

Choroba Bleulera.

Pst! To co Ci napisze jest ściśle tajne. To typowa machinacja. Nasamprzód musisz odszukac kod do mojej skrzynki kontaktowej - bądź szpiegiem. Tak, to nie zawsze przychodzi łatwo, czasem trzeba się potrudzic, bo wielkie czyny wymagają kosztów. Przyswoisz ludzkie interakcje i nauczysz się zachowań, a osiągniesz zamysł. Sztuka trudna, a rezultat niepotwierdziny. Enigmą, którą zrozumiesz bedzie moja psychoza endogenna. Prywatne Morbus Bleuleri. Okazało się, Chora na MB, od dawna, niezauważona. Zaburzenie psychiczne. Objawia się upośledzeniem postrzegania lub wyrażania rzeczywistości, najczęściej pod postacią omamów słuchowych, paranoidalnych lub dziwacznych urojeń albo zaburzeniami mowy i myślenia, co powoduje znaczącą dysfunkcję społeczną lub zawodową. Własny obłed i urojenie, moja Gwiazda. On jako iluzja. I to Jego proszę o wskaznie mi róznicy między moją świadomością a rzeczyistością. On, powodem moich snów przeistaczających się w koszmary, z których niestety mogę się obudzic. Tam nie wiem co jest prawdziwe… I chodz serce mam dwa razy większe od rozumu zawsze potrzebuję dowodów miłości i tych w formie jakiejś rzeczy. Przedstawiam się w tej kwestji jako ateista, ale ufam tylko w przedmioty z przypisywanym im znaczeniom. Moja Mara nic nie obiecuje, a dostarcza namacalne przyrzeczenia. Ty go nie spostrzegasz i dawno o nim zapomniałeś lub wogóle nie poznałeś. Też bym o Niego nie dbała, ale utkwiłam tu sama z Nim. Od dawna. Odkąd… Eh, i trudno znaleśc rozwiązanie by Go sobie bardziej przybliżyc. Moja niedostrzeglana miłostka. I Nie odejde on tego, bo niechce by nagle okazało się, że ludzie, miejsca i chwile, to co najwazniejsze, nie zniknęło, nie umarło, lecz co gorsze nie istniało… To światu obiektywnemu adieu!
Dwa dni na kochany Gdańsk (i ten Sopot z lat 90′ byc może) z Patrickiem.

Imię.

Maggie, Meg, Margaret, Margery, Margory, Marjorie, Marjory,  Marharyta, Maharèta, Margarita, Marga, Margita, Markèta, Margrete, Margretje, Grete, Marketta, Maarit, Reeta, Marguerite, Margarita, Margaret, Margareta, Margaretja, Margarita, Margriet, Máiréad, Margreg, Margrét, Margarita  Margarita, Margarita, Rita, Margarete, Margarita, Margarethe, Grete, Margareta, Margrete, Margit, Merete, Margy, Margarida, Margarita, Margareta, Greta, Marga, Margareta, Margarita, Margita, Margarèta, Margita, Margareta, Marjeta, Margareta, Margit, Marit, Märta, Marhareta, Marharyta, Margit, Margita, Margarèta, Margó, Gréta, Réta, Margherita.
A Ty, ‘Idnywidualistko’ musisz poczekac na moją reakcję, bo dziś nie mam chęci ni czasu na wyśmiewanie się z Twojej niespójności. Mniemam, że będziesz wytrwała. Wspieram Cię w tym.

Komizm.

No! Zarysowanie mnie i przyklejenie mi etykietki ‘nie ma własnego zdania’ to dla mnie groteska. Karykaturalne jest posądzanie mnie o niemoralnośc w kwestji zawodów miłosnych.
Zniewalające są te przypiski, bo nie jestem w stanie się poskarżyc. Winszuję.

Bliźniaczka.

Twój wybór! Ty mnie sleknionujesz. Dobierasz wegłóg własnych wymogów. To jaka jestem, jest Twoim wynalazkiem przecież. I ja sama do dodania nie mam nic od siebie. Nic, niczym nie zmienie.  Mój blask, przez to świeci odbiciem tylko. Mam już sporo wykutych, zbliżonych duchem sióstr. Po jednej, lub więcej dla Ciebie i de facto to, jak mnie namalujesz to już Twoja kwestia zabarwienia. Dla Ciebie mogę byc jałowa i nierzeczowa lub nienaganna i imponująca. Uformuj bez zarzutu, czy też wątpliwie. Nie dbam o to, bo ja ledwie odgaduje własny wyraz faktyczności. I w prywatnej obłudzie, dla różnych potrzeb wznosze swoją bliźniaczkę.

Poinformowac.

Znajomi.
Ich etyka.
I ogół.
Eliminuje.
Mnie.
Wakacje.
Multum słów chciałoby się o nich powiedziec i co nie miara zdań napisac. Lecz wyrażac się języwowo nader nie można. Mi by pozostały te bezszelestne obelgi, przekleństwa, przytyki, wyzwiska, zniewagi i te całkiem huczne aluzje, docinki, insynuacje, przycinki, uszczypliwe uwagi. To bez konsekfencji dla nich. Oni nie będą dyshonorowymi, bezczeszczącymi bluźniercami, propagującymi oszczerstwa, zniesławienia, afronty, obrazy, ubliżenia, uchybienia i ujmy,
 

Bożyszcze.

Burza. Nieskończona porcja fleszy wycelowane we mnie. Blaski lamp i grzmoty braw. I te ciągłe bisy.

Dwudziestego.

Odgrzewane uczucia. Z naszych wspomnień chowanych niegdyś . Jak rozkoszne echo do naszych głów zawraca. Drąży szczęsciem, przyjemnością, radością, rozkoszą, uciechą i zadowoleniem.

  

Automatyczne miasto.

Przepowiedziałam sobie. Było to do określenia, bo coś się kroiło, to się czuło w powietrzu- ten aromat z odrobiną pieprzu. Ojcze Niebieski miałeś przynieśc mi ulgę, zmiłowac się. Dwudniowy był marsz Jagiellońskich błaznów z pędu Stańczyka, po nieznanych ulicach, a w środku ich Jadwiga Andegaweńska dostojnie kroczyła. Była dookoła ludzi gromada i ja sama. Tortury! Wycieczka szkolna, moje literalne umartwienie. Kaptór na głowie i deszcz. Zza słuchawek słychac było ich śmiech. Bez końca powielałam puste minuty. Wypluta z ich gardeł, przygarbiona i gotowa do ukłonu. We mgle mechanicznego Poznania, jak w oparach wódki. Naokoło tramwaje, wokoło tramwaje, wszędzie tramwaje wzdłuż i wszerz kable i druty brachy i gwoździe.  Nawał wszystkiego. Mnogośc budowli a między nimi ciasnota, ścisk i tłok. Cikliczne powtórki. Setki milionów obywatli ramię w ramię i ich gorzka ślina i ten smród. Nikt mnie nie bronił, gdy wokół były wściekłe psy. Wycieczka szkolna, dni zmierzania po brudnych ulicach, cierpienia związane z odciskami na stopach. Doświadczając gehennę zastawiałam tą rzeczywistośc ze słuchanym chwilowo ‘Jeszcze Polska…’ Kultu… Wycieczka szkolna. Społeczeństwo, nieprzewidywalne, które świecąc latarkami po oczach krzyczała jak to wiedzą o mnie wszystko. Skargi do mnie o to z kim byłam i jak rozmawiałam. Zażalenia o podział eleganckiej społeczności.
Patriotyczna reemigracja do niemożliwie doskonałego Torunia. I tu dostrzeganie kątem oka całości, która na momencie znika, kiedy zwracam ku niej głowę.
Wyrok dwóch lat w zawieszeniu na trzy.

Czerwiec tego roku.

Pracochłonny czerwiec dla trywialnej nastolatki to wektor przemieszczenia między punktem A i B, gdzie A to szkoła, a B to dom. Prędkie dnie i nieprzespane noce. Miesiąc, w którym większośc czasu trwa się w chłodnych betonowych mieszkaniach zagłębiając się we fragmentarycznych notatkach z zajęc, popijając napoje energetyczne kawą. Męczące godzniny na zajęciach, podczas których do granic możliwości należy byc przymilnym wypatrując się litości i miłosierdzia profesorów.  Czerwiec jest miesiącem, w którym niknie się znikając, bo to co się zaniedbało z jakiś niezręcznych i nieprzyjemnych przyczyn dało o sobie znac. Połechtana rekompensatą zabrałam się do korekt pomyłek. Kłopot w tym, że nie da się zawrócic, by dokonac innego doboru męża lub innego sposobu odseparowania jego od kochanki. Nie możliwym jest równierz pozostanie w szkole, w której się było, a zrezygnowało dla już wspomnianego. Nieznośnie jest zarówno to, że ostatnio nie zrobiłam nic, aby odskoczyc od wywoływania przygnębień u niesamowitego człowieka, u którego nie doceniam adorowania.
Cuż, reasumując: czerwiec, to jedna druga tego budzącego grozę i ewidentnie nie sprawiedliwego roku. Rok, w którym rzeczywistośc mnie lekceważy, a każdy z sześciu miesięcy zapewnia udręki i daje osobiste dramaty, katastrofy i klęski. Niedobór wytchnienia.
Przerażająco bolesne przyjmowanie dalszej części roku.

« Older entries